Picie wina w Polsce

1

Pierwszy raz dowiedziałem się, że jestem wieśmanem w knajpie Bulaj. To sopocki przybytek aspirujący do slowfoodowego Olimpu. Otóż pewnego razu pan kelner zapytał się, czy będziemy pić wino po polsku czy po europejsku. Strzeliłem, że po polsku. Nie zgadłem. Wyjaśnił, że polaki-buraki wymieniają kieliszki po każdej butelce, a w Europie, panie, już się tak nie pije, szef był i widział.

W tym, że moje zaściankowe poglądy na picie wina plasują mnie poniżej poziomu europejskiej normy, utwierdził mnie Maciej Nowak (tak, ten Maciej Nowak) w recenzji restauracji Po Prostu:

»Wprawdzie goście potrafią okazywać swoje wielkopańskie maniery i odsyłają kolejne butelki po ich napoczęciu, ale skąd biedni mają wiedzieć, że próbowanie wina to tylko towarzyski rytuał i nie służy ocenie smaku? W ten sposób sprawdza się wyłącznie, czy z kieliszka nie unosi się charakterystyczny fetor zgniłego ziemniaka, zwiastujący, że korek wszedł w niestosowną relację z trunkiem. I tylko w takich wypadkach można poprosić o zmianę butelki. Dzisiaj zresztą takie sytuacje praktycznie się nie zdarzają, bo nowoczesne wina zamykane są zakrętką lub korkiem syntetycznym. Ale publiczność aspirująca lubi sobie poprawić samopoczucie i pokaprysić przy zamówieniu. To ją buduje«. W swoim uświadamianiu plebsowi prawidłowej kultury picia wina Maciej Nowak idzie dalej. Okazuje się wręcz, że z każdy łyk wina wypitego po prostu z kieliszka czyni z pijącego snoba. W wywiadzie dla »Newsweeka« naucza: »[Bywalcy wine barów] dają do zrozumienia, że należą do klasy wyższej, kultury zachodniej, bo konsumpcja wina wymaga pewnej wiedzy, trzeba mieć ulubione winnice, szczepy, roczniki. Nie lubię tego napuszenia. Dlaczego często w wine barach zamawiam kieliszek czerwonego, po czym proszę o dopełnienie go coca-colą. Kelner zwykle robi to już na granicy omdlenia«.

2013-09-30 |